poniedziałek, 1 lipca 2013

Sen IV

Rozmowa w domu,
Wstrząsająca opowieść mojej żony



Mijając rozległe ogrody i ich domostwa w końcu dotarliśmy do mojego domu. Czas w drodze powrotnej dłużył się niezmiernie, szczerze? Myślałem, że chyba nigdy nie dotrzemy do tego domu. Im bardziej na coś czekam, tym bardziej czas się dłuży. Ta życiowa prawda mnie naprawdę dobija, ale nic nie mogę na to poradzić... 
Powoli otwierałem kluczem wcześniej zamknięte wejściowe drzwi mojego domu wpuszczając do niego kolejno poszczególne osoby, po czym sam wszedłem za nimi zamykając je za sobą. Przyglądałem się uważnie długowłosej, która stała bezruchu wpatrzona w kolejne drzwi przed sobą nie wiedząc jak ma się zachować. Z pewnością zastanawiała się czy powinna wejść dalej po tak długim czasie nieobecności w tym domu. Gestem ręki zaprosiłem ją do kuchni, gdzie po chwili weszła posłusznie siadając przy stoliku. Ja w tym czasie wstawiłem wodę w czajniku już po chwili nasypując do kubków sypanej kawy, kiedy sobie uświadomiłem, że moja żona nie powinna jej pić choć ją bardzo lubi, ponieważ o ile pamiętam miała poważne problemy z swoimi nerkami. Tak więc z jej kubka wysypałem kawę opłukując go i wrzuciłem do niego torebkę jej ulubionej herbaty - czarnej z earl grey'a. Czekając na zagotowaną wodę żadne z nas nie miało odwagi na siebie spojrzeć, ale w końcu nadszedł ten czas, kiedy woda się zagotowała, a ja już z gotowymi napojami usiadłem naprzeciwko niej patrząc na jej opuszczoną twarz. Kiedy sięgnęła po kubek z gorąca herbatą zauważyłem jak bardzo się denerwowała. Jej dłonie całe się trzęsły, a głos kiedy próbowała coś powiedzieć drgał. Z jednej strony rozumiałem jej zdenerwowanie, ale z drugiej irytowało mnie to, ponieważ chciałem jak najszybciej poznać prawdę.
 - Mogłabyś łaskawie zacząć? - zapytałem z irytacją w głosie, lecz ona milczała, kiedy miałem już "wybuchnąć" niespodziewanie niczym grom z nieba błękitnooka podniosła głowę w górę patrząc załzawionymi oczami na mnie. Nie wiem dlaczego, ale naprawdę poczułem się strasznie, kiedy zobaczyłem jej łzy. Coś mi mówiło, że powinienem przeprosić za moje zachowanie, kiedy nagle usłyszałem jej głos:
 - Wybacz, że musiałeś tak długo czekać. Pozwól, że opowiem ci historię tych mienionych pięciu lat. Jednakże proszę też byś powstrzymał się z pytniami i innymi zastrzeżeniami do końca mojej historii. - słysząc jej już w miarę opanowany głos przytaknąłem słuchając dalej uważnie tego co ma mi do powiedzenia. - Początek tej historii ma miejsce dosłownie pięć lat temu dwudziestego piątego maja. Tego dnia obiecałam naszym dwuletnim dzieciom, że pójdziemy nad staw się przejść. Jednakże wcześniejszej nocy podczas snu przewidziałam swoją śmierć... Nie pamiętałam jego szczegółów, więc bez zastrzeżeń poszłam z nimi w obiecane miejsce. Jak sam dobrze wiesz zazwyczaj w snach przewidywałam wypadki i śmierć różnych osób. Czasem pochodziły one z naszej rodziny, a czasem były nam zupełnie obce... Jednak nigdy nie widziałam swojej śmierci, więc uznałam to za bujdę. W końcu nie każdy sen sprawdzał się w 100%. Siedząc na kocu przy stawie zaczęłam strasznie źle się czuć, moje serce waliło jak oszalałe, nim się obejrzałam kaszlałam krwią. Z początku myślałam, że osunęły mi się płytki krwi w naczyniach krwionośnych jak w czasie, kiedy byłam jeszcze w gimnazjum, ale niestety było coraz gorzej. Nie chcąc martwić dzieci poprosiłam je by wróciły same do domu. Wiedziałam, że nie powinnam ich o to prosić w końcu one miały tylko dwa lata. Jeszcze nie znały dobrze wszystkich słów, a ich wymowa pozostawiała wiele do życzenia. Kiedy przypomniałam sobie swój sen przytuliłam je do siebie mówiąc, że je kocham. Dzieci rozpłakały się jakby wiedziały, że to nasze ostatnie spotkanie, ale mimo to spełniły moja prośbę i odeszli. Resztką sił podniosłam się spoglądając na oddalające się moje dzieci, kiedy poślizgam się upadając do stawu... Nie miałam siły by wypłynąć i nim się obejrzałam utraciłam przytomność... Obudziłam się w miejscu którego nie sposób opisać zwykłemu śmiertelnikowi. Dezorientowana kroczyłam nieznanymi mi ścieżkami, ale nic nie znalazłam... Wtedy wydawało mi się, że o czymś ważnym zapomniałam. Przez dłuższy czas się tym kłopotałam, kiedy pewna osoba zapytała mi się o co chodzi? Kiedy zobaczyłam osobę stojąca przede mną zdałam sobie sprawę gdzie jestem. Znajdowałam się w miejscu w którym człowiek ponoć nigdy nie cierpi. To miejsce, ten inny świat jest przez ludzi nazywany Królestwem Bożym - Niebem. Wiem jak to może brzmieć, ale to prawda... Dziadek jak zawsze wysłuchał moich zmartwień, ale nie mógł nic innego zrobić jak mi doradzić. Powiedział mi, że na osoby, które żyją jeszcze na Ziemi trzeba cierpliwie poczekać, aż Bóg je wezwie do siebie, do swojego królestwa. Do tego czasu my żyjący wiecznie tutaj możemy na nich spoglądać, ale nie możemy wtrącać się w ich życie. Nie chciałam czegoś takiego, dlatego wszystkimi siłami jakie miałam wykrzyczałam by dał mi wychować moje dzieci. Nie sądziłam, że Bóg się zjawi, ale nagle ku mojemu zdziwieniu usłyszałam jego głos... O dziwo zgodził się na moją prośbę pod pewnymi warunkami. Jednym z nich jest to, iż w dniu 16 urodzin naszych dzieci powrócę do Jego królestwa bez względu na to jak bardzo będę chciała tu zostać. Drugi warunek mówi o tym, że nie mogę opuścić wioski pod żadnym pozorem w przeciwnym razie natychmiastowo powrócę na Jego ziemie. Ostatni trzeci warunek mówi o tym, że otrzymam namiastkę mocy Boga, dzięki której ludzie będą mogli mnie widzieć. W razie jej nadużycia stracę ją, a wtedy stanę się tylko duchem niewidzialnym i niesłyszalnym uwięzionym na tych ziemiach do ukończenia przez nasze dzieci szesnastego roku życia... Kiedy umowa została zawarta obudziłam się pod wodą w stawie, w którym zginęłam. Niestety od tego czasu upłynęło pięć lat... Resztę historii już znasz, więc nie sądzę, by było konieczne jej kontynuowanie. - Po wysłuchaniu całej historii nie wiedziałem co myśleć przecież jeszcze tamtego dnia cały staw był przeszukany ze trzy razy, ale nic nie znaleziono. Nie wiem, czy powinienem jej zaufać, czy też natychmiastowo ją wyrzucić z domu... jestem w kropce.
 - Mogłabyś jakoś udowodnić, że to co mówisz jest prawdą? - zapytałem szukając poparcia w jej słowach. Mimo wszystko chciałem, by ta tragiczna historia okazała się prawdą. Chciałem znów jej zaufać i znów mieć świadomość, że to moja żona, którą od zawsze kochałem... Ona tylko gestem ręki wskazała na mój kubek już z ledwo ciepławą kawą. Nie wiedząc o co jej chodzi wpatrywałem się w wskazane miejsce, gdzie nagle ciecz zaczęła wrzeć i bulgotać od narastającej temperatury. Nie dowierzając spojrzałem na skoncentrowaną długowłosą, a później ponownie na kubek w którym zamiast gotującej się kawy zastałem bryłę lodu.
 - Czy wystarczy Ci taki dowód? - zapytała patrząc z uwagą na mnie, kiedy mnie zamurowało. Przez chwilę wahałem się z odpowiedzią, ale wiedziałem, że mówiła prawdę. Kiedy chciałem jej odpowiedzieć zauważyłem jak jej oczy gasną, więc czym prędzej chwyciłem ją w ostatnim momencie w ramiona. Wystraszyłem się widząc ją nieprzytomną sprawdzając od razu puls. Żyła. Chwała Bogu nie mogę pozwolić sobie na ponowną jej utratę, bo chyba bym sam tego nie przeżył. Powoli uniosłem ją na rękach niosąc do naszego pokoju, gdzie ułożyłem ją na łóżku przykrywając kołdrą. Sam usiadłem na krawędzi łóżka ujmując delikatnie jej dłoń. Mam nadzieje, że szybko się obudzi. Jej ciało wydawało się być takie zimne... 
 - Tato... - usłyszałem głos Adama, który wszedł do pokoju ze zmartwioną miną. - wszystko z tą panią w porządku? - mimo, że jest taki młody martwi się tak bardzo o innych. Zastanawiam się ile musiał wycierpieć z Arią przez te pięć lat, kiedy odpychałem ich od siebie po utracie ukochanej kobiety. Mimo, że dalej pracowałem, gotowałem im i od czasu do czasu dałem kieszonkowe, nie dawałem im miłości. Byłem oschłym i beznadziejnym chłopcem, który nawet nie potrafił uśmierzyć ich bólu, kiedy płakali po kątach. Adam cały swój czas poświęcał Arii będąc jej podporą. Jednak dziękuje Bogu, że urodziły się bliźnięta, gdyby nie to z pewnością jedno z nich byłoby załamane. - tato? - usłyszałem ponownie.
 - Przepraszam zamyśliłem się... jestem pewny, że wydobrzeje tylko musi odpocząć. - uśmiechnąłem się lekko na co mój syn się zdziwił odwzajemniając gest. 
 - Tato... Ty i ta pani znacie się? - padło kolejne pytanie.
 - Można tak powiedzieć... jak by to ująć...
 - Jest podobna do mamy... - skomentował ciszej patrząc na mnie bojaźliwym wzrokiem. Nigdy nie przypuszczałem, że tak szybko ją porówna w mojej obecności do swojej matki, ale prędzej czy później będę musiał im o tym powiedzieć, bo i tak prawda wyjdzie na jaw. 
 - Nie jest podobna, ponieważ Ona jest twoją wasza matką. - przez chwilę widziałem jego zszokowaną twarz, ponieważ już po chwili wyszedł z pokoju nic nie mówiąc. Nie dziwiłem się mu, ponieważ wiem jak się czuje. W końcu to przez jej historię nasze relacje się popsuły, ale jej także nie mogę za to winić. Pozostaje mi tylko czekać aż się wybudzi i sama na swój własny sposób wytłumaczy dzieciom zaistniałą sytuacje.